Budzik, o 4:30 nad ranem, drze Ci japę prosto do ucha, że ten sen, w którym właśnie rozbierasz zajebistą, cycatą brunetkę, szepczącą Ci do ucha, że jej krocze obficie skrapia się namiętnym pożądaniem i że już pomoże Ci odpiąć ten jebany stanik, z którym nieudolnie walczysz od 30 sekund, bylebyś w końcu “posunął” akcję do przodu to trzeba będzie jednak przerwać i, że nie odpuści dopóki nie wstaniesz, a mokrego krocza ulotnej niewiasty nie zdmuchniesz w odmęty sennej przeszłości. Jak co dzień ulegasz.
 
W zamian czeka Cię zamiennik utraconych emocji w postaci niekontrolowanego zajebania małym palcem o krawędź łóżka, który to również, a jakże, podobnie jak wspomniana brunetka, dostarcza Ci niezapomnianych przeżyć sensorycznych z nagłą ich, na nieszczęście dla śpiących jeszcze sąsiadów, werbalną egzaltacją, której co tu dużo mówić daleko do klasy Beaty Tyszkiewicz i poprawności językowej profesora Bralczyka. Kuśtykając na jednej nodze do łazienki i, nie nazbyt poetycko, uraczając przestrzeń słowami powszechnie uznawanymi za obraźliwe, Twoje ciało nasącza się wkurwieniem i chęcią strzelania do każdego, kto pod złym kątem podniesie brew lub w zbyt głośny sposób postawi filiżankę na biurku. Bez brania jeńców sądów 24-godzinnych.

 

Jedno nic nieznaczące zdarzenie z rana sprawia, że przez resztę dnia układasz w głowie plan tortur dla każdego, kto, w najmniejszym choćby stopniu, dotknął tej struny wkurwu, która złowrogo drga w Twojej rozdygotanej duszy. Normalni ludzie o tej godzinie pierdzą jeszcze w prześcieradło i moczą poduszki niekontrolowanymi ślinotokami, a Ty siedzisz w pyrkającym autobusie, który wygląda tak, jakby woził do pracy budowniczych piramid w Egipcie, ze świadomością raz po raz uciekającą Ci poza horyzont wyobraźni. Lecisz bez trzymanki na totalnym autopilocie, wyglądasz jak prekursor ataku zombie wykastrowany z procesów poznawczo – myślowych z jedną ideą kotłującą się w głowie – byle do 14:00, byle odpieprzyć korporacyjną “pańszczyznę”.

 

Praca jak to praca. Wkurwiający szef, którego najchętniej sprzedałbyś na organy na rynku w Stambule jakiemuś Turkowi, które chce nakarmić swojego psa, pensja, którą Cristiano Ronaldo wydaje dziennie na żel do włosów, waciki do manicure i papier toaletowy z 58 warstwami, żeby ten paluszek po manikiurze się przypadkiem nie przebił, konfidenci na każdym skrzyżowaniu i wylotówce, każde najmniejsze niepowodzenie robi w głowie erupcję superwulkanu i wyrzuca kurwy, chuje i pizdy we wszystkich możliwych i niemożliwych koniugacjach, bo się ten mały paluszek z rana, który zachwiał całą mentalną równowagę, co chwila aktywuje. Jednym słowem bieresz to na przetrwanie. Nie myśląc o niczym sensownym. Bo po co? Chuj z tym. Oby do tej 14:00 i oby znów wsiąść w ten sam autobus, którym wieźli sarkofag z Tutanchamonem, żeby po raz kolejny przespać całą półgodzinną trasę.

 

Upragnione mieszkanie. Nareszcie nastaje jaśniejsza strona mocy. Instalujesz swoje jestestwo w pokojowych 90 stopniach, przepusczasz coś na szybko przez układ pokarmowy i zaczynasz tracić funkcje życiowe, a wewnętrzna bateria zaczyna pikać złowrogo, po czym rozładowuje się całkowicie, odcinając Cię od ostatnich powiewów świadomości. 15 minut, no maks pół godziny drzemki przecież nikomu nie zaszkodzi. Budzisz się. Spoglądasz na zegarek. Jest 19:12. Trzeba szybko skomponować jakieś żarcie, bo zaraz zaczynają się seriale, a potem po raz tysiąc sześćset pięćdziesiąty szósty obejrzysz jak John Rambo w pojedynkę wygrywa wojnę w Wietnamie, bzykając w międzyczasie oparte o palmy Azjatki.

 

Znasz to? Czy tak w dużym skrócie wygląda Twój przeciętny dzień? Czy codziennie robisz z siebie odmóżdżoną amebę, którą interesuje jedynie to, żeby się nażreć i popierdzieć w kanapę? Bo to, że nie strzelasz sweet foci Iphonem 10, nie wyrywasz dupek z najnowszego modelu Bety, Twoje jaja nigdy nie widziały napisu Calvin Klein, a na wakacje zamiast na Zanzibar pojechałeś nad najbliższe jezioro, nie sprawia, że jesteś gorszy od tych, którzy robią lub posiadają wszystkie wyżej wymienione rzeczy. Kasa nie jest miarą Twojej wartości jako człowieka, a jeśli tak myślisz to sam robisz z siebie szmatę i życiowego przegrywa, który tym w Betkach i majtkach CK na dupie powinien na każdym kroku opierdalać gałę z połykiem, bo przecież jest od nich gorszy.

 

A wiesz z czego wynika Twoje myślenie? Z tego, że niestety często jest ono słuszne i zgodne z rzeczywistością. Z tego, że doskonale wiesz, że, pomimo braku kasy, nie masz do zaoferowania w zamian nic więcej, niż chęć jej posiadania i zazdrość w stosunku do tych, którzy ją mają. Doskonale zdajesz sobie sprawę, że ostatnią książką, jaką przeczytałeś, i to przy pomocy mamy, były “Dzieci z Bullerbyn” i w związku z tym intelektualnie zatrzymałeś się na poziomie średnio rozwiniętego szympansa. Masz świadomość tego, że nie robisz zupełnie nic w kierunku zmiany, której oczekujesz. Nie masz żadnej idei, której byłbyś gotów poświęcić się w jakimkolwiek stopniu, nie interesuje Cię nic oprócz niedzielnego tournee po galerii handlowej, bezsensownym pierdoleniu z koleżanką o innych koleżankach

 

Bo dopóki próbujesz, rozwijasz się na wielu płaszczyznach, nie robisz z siebie intelektualnej i fizycznej ameby w sposób, gdzie po 30 – stce jedynym tematem, na który można z Tobą porozmawiać jest to ile mamrotów wypiły żule na ławce w ostatnim odcinku “Rancza”, a zawiązanie buta na stojąco jest dla Ciebie wysiłkiem porównywalnym ze wspinaczką na Mount Everest na rękach w kąpielówkach i z Dorotą Wellman przywiązaną do pleców, to nie masz prawa czuć się gorszy od tych, których jedyną przewagą nad Tobą jest posiadanie większej ilości papierków z podobizną Jagiełły czy Zygmunta Starego.

 

To nie praca, która nie jest pracą Twoich marzeń i brak hajsu czynią Cię życiowym przegrywem. Jedynym czynnikiem, który tego dokonuje jesteś Ty sam. Ty i Twoje nawyki. Ty i Twoje chujowe, pozbawione ambicji przyzwyczajenia. Ty i Twój pieprzony brak chęci i samozaparcia, żeby cokolwiek zacząć w swoim życiu zmieniać. Bo to wymaga wysiłku. Bo łatwiej położyć się z pilotem w jednym i browarem w drugim ręku, paczką czipsów na kroczu i oglądać odmóżdżające programy narzekając, że się kurwa nic nie poprawia i zapewniać, że gdyby tylko te skurwysyny tam na górze nie kradły to… zgadzam się, wtedy byłoby dużo łatwiej, ale zadaj sobie pytanie czy to Ty sam nie okradasz się najbardziej, będąc głównym organizatorem zuchwałej grabieży swoich marzeń. Dlatego przestań być życiowym przegrywem na własne życzenie albo spieprzaj stąd na Pudelka.