Jak to zwykle bywa w tego typu historiach – za górami, za lasami, po 3 kadencjach PiS-u, kiedy to, z tego powodu, Choroszcz i Tworki podwoiły swoją populację, bynajmniej nie za sprawą nowych atrakcji dla turystów, żył sobie człowiek. Chuj wie skąd pochodził, wiadomo jedynie, że był heteroseksualnym fetyszystą kobiecych stóp z kredytem hipotecznym na 30 lat i mającym zawiasy za pobicie księdza w czasie spowiedzi, bo ten, jako pokutę, dał mu aż 20 Ojcze nasz, 10 zdrowasiek i 10 litanii do Ducha Świętego. No jednym słowem pojebany jakiś, bo nasz bohater zawinił jedynie puszczeniem pawia podczas mszy w Święto Zmarłych, a i to było raczej winą pewnej przezroczystej substancji z Cześkowej mety, a nie jego stricte. Podobno nawet Breivik dostał mniejszą i na jego miejscu sam bym mu zripostował tę pokutę przy użyciu Muay Thai i techniki pijanego mistrza, gdyby nie to, że do tej pory z tej techniki opanowałem tylko bycie pijanym. Ale, jak się pewnie domyślasz, ja nie o tym.

 

Człowiek ten, pewnej nocy po wyrzuceniu się poza margines użyteczności publicznej przy pomocy białego proszku wysoko stężonego w 40-procentowym eliksirze szczęścia, miał rozmowę z samym Bogiem. Albo tak przynajmniej mu się wydawało. Po spytaniu Go o liczby w Lotka na najbliższym losowaniu, czy żona faktycznie obciąga sąsiadowi spod czwórki i kto przedwczoraj zajebał mu radio i czteropak browarów z samochodu, postanowił wykorzystać tę niecodzienną okazję i spytać o coś bardziej wzniosłego. Powiedział więc do Stwórcy:
- Boże, wiem, że nie zawsze jestem krystalicznie dobrą osobą – nie daję na WOŚP, zdarza mi się nie spłukać wody po dwójce, czasem zawinę jakąś Taterkę z Kauflandu i nader często fantazjuję o cycatej Halince z warzywniaka na rogu. Chciałbym jednak być lepszym człowiekiem. Od czego zacząć? Jak tego dokonać?
 
 
Bóg, w całej swojej nieprzeniknionej mądrości, odpowiedział:
- Pójdź za mną, synu, a pokażę Ci jak wygląda niebo i piekło. To będzie lekcja, która z pewnością da Ci wiele do myślenia.
- Dobrze, chodźmy więc – odpowiedział mężczyzna, niepostrzeżenie zawijając pod płaszcz puszkę Taterki, co to ją w Kaufie podpierdolił pod nieuwagę security.
- Chyba zapomniałeś, że ja widzę wszystko, odłóż to przynajmniej w takim momencie – zganił go Bóg.

 

Mężczyzna zawstydził się przez chwilę i nagle zdał sobie sprawę, że znalazł się w miejscu, gdzie było dwoje drzwi. Bóg bez słowa otworzył pierwsze z nich i pozwolił zajrzeć mężczyźnie do środka. Wewnątrz był wielki, okrągły stół, na którego środku stał ogromny kocioł smakowicie pachnącego gulaszu, a dokoła niego stali ludzie. Niestety byli bardzo wychudzeni i wyglądali na chorych i nieszczęśliwych. Mężczyzna zauważył, że każdy z nich ma bardzo długą łyżkę przywiązaną do ręki, która umożliwiała sięgnięcie gulaszu z kotła, ale ponieważ łyżki były zdecydowanie dłuższe, niż ich ręce, nijak nie mogli donieść jedzenia do ust. Mężczyzna wstrząsnął się ich cierpieniem, gdy nagle Bóg powiedział:
- Tak właśnie wygląda piekło. Pójdź za mną, a pokażę Ci niebo.

 

Po tych słowach Bóg otworzył drugie drzwi i wpuścił mężczyznę do środka. Ku jego zdziwieniu, widok, który mu się ukazał był dokładnie taki sam jak w pokoju pierwszym – wielki stół z ogromnym kotłem gulaszu na środku i ludźmi dokoła, którzy podobnie mieli przywiązane do rąk tej samej długości łyżki. Ci ludzie wyglądali jednak na dobrze odżywionych, zdrowych i szczęśliwych. Śmiali się beztrosko i przyjaźnie ze sobą rozmawiali.

- Nie rozumiem – z niedowierzaniem i skonsternowaniem w oczach powiedział mężczyzna.
- To proste – odrzekł Bóg – oni nauczyli się karmić siebie nawzajem, podczas gdy chciwi i nieempatyczni myśleli jedynie o sobie.

 

Ta historia to świetna alegoria dzisiejszego człowieka. Człowieka zalogowanego w wirtualnej rzeczywistości, dla którego życie realne jest jedynie dodatkiem do wirtualu, człowieka widzącego jedynie czubek swojego nosa, znieczulonego na wszechobecne skurwysyństwo i często, w dużym stopniu, wyzutego z empatii. Dzisiaj, leżący na chodniku, człowiek traktowany jest jak gówno, które trzeba ominąć, żeby się nie upieprzyć, starsza kobieta czy kobieta w ciąży w długiej kolejce do kasy nie wzbudza żadnych odruchów, a przepuszczenie takiej powoduje czasem, że czujesz na plecach wzrok stojących za Tobą ludzi, którzy rozważają sprawdzenie czy, dopiero co zakupiony, produkt jest wystarczająco naostrzony i czy aby to na pewno stal nierdzewna.

 
Absurdalność, niewytłumaczalność i zwyczajną hipokryzję i żenadę tego typu zachowań uświadomiłem sobie, gdy, w zeszłym roku, jadąc na kilka dni w góry, zahaczyłem z ciekawości o Częstochowę. Na terenie klasztoru na Jasnej Górze, zauważyłem starszą kobietę, leżącą na trawniku, więc odruchowo podszedłem i spytałem czy potrzebna jest jakaś pomoc. Pani jednak szybko, jak na stan, w którym się znajdowała, zerwała się i dała do zrozumienia, że nie potrzebuje pomocy. Dało się od niej wyczuć alkohol i ewidentnie chciała sobie zwyczajnie odpocząć. Pozbierała swój dobytek w formie dwóch reklamówek i odeszła. Postanowiłem jednak subtelnie ją pośledzić i, z ciekawości zobaczyć, gdzie pójdzie i co będzie robiła. Pani odeszła kilkadziesiąt metrów i ponownie rozłożyła dwie reklamówki na trawniku, po czym się na nim położyła. Usiadłem więc sobie na okolicznym murku i celowo obserwowałem sytuację. Siedziałem tam spokojnie z 10 minut i w jednym z “najświętszych” miejsc w tym kraju, z dziesiątek pielgrzymów, w większości z pewnością osób “wierzących”, żaden nie zainteresował się leżącą kobietą. Z pewnością byli tak pochłonięci modlitwą, że zwyczajnie nie zauważyli.

 

Czasem mam wrażenie, że nie żyje w społeczeństwie ludzi zdolnych myśleć abstrakcyjnie, rozumnych, myślących i analizujących otoczenie, potrafiących wyobrazić sobie, co czuje druga osoba. Czasem mam wrażenie, że żyje w jakiejś jebanej klatce z małpami, które kierują się jedynie zwierzęcym instynktem i nie widzą nic więcej poza zaspokojeniem swoich potrzeb. Potrzeb, które, jak najbardziej, każdy ma prawo i wręcz, w myśl dobrze rozumianego rozwoju, powinien zaspokajać. Problem zaczyna się wtedy, gdy te potrzeby zasłonią nam perspektywę na tyle, że widzimy jedynie czubek swojego nosa i drogę główną, którą mamy przed sobą.

 

Warto czasem zwolnić, zredukować bieg i rozejrzeć się po bocznych uliczkach, bo być może ktoś właśnie złapał gumę i będziemy w stanie mu pomóc. I niech to będzie podróż z częstym spoglądaniem w lusterka, z przestrzeganiem przepisów i zielonymi światłami. Zielonymi światłami nadziei, że jedziemy w dobrym kierunku, że nie zostawiamy za sobą ważnych rzeczy, goniąc za błahymi i ulotnymi. I nie wkurwiajmy się na czerwone światła. Bo czasem warto całkowicie się zatrzymać. Zatrzymać się i pomyśleć: kurwa, a może jednak jadę w złym kierunku…