Ekspresówką pędzę z prędkością światła swoim 1.4 HDI z zimnym łokciem, bo mi się kurwa ogrzewanie popsuło, wyprzedzają mnie wszystkie niepełnosprawne emerytki i rencistki na wózkach i hulajnogach, chyżo uraczając zgrabnymi fakami i szyderczymi uśmiechami tak szerokimi, że co druga musi zatrzymywać się w celu reaplikacji do jamy ustnej sztucznych przeżuwaczy. Z rury dymi tak, że jestem w 80% odpowiedzialny za alarm smogowy na terenie kraju, a ilość decybeli wypluwaną przez silnik można porównać z ich odpowiednikiem u 10 startujących odrzutowców, tudzież… ekhm… moim pierdem po fasoli z ogórkami, których nigdy razem nie jadłem. Cóż, jak kupię sobie Porsche 911 Carrera GTS to się odgryzę, czyli, według moich obliczeń, oszczędzając solidnie, za jakieś 120 lat, 5 miesięcy, 3 tygodnie i 2 dni pod warunkiem, że okres ten spędzę w śpiączce farmakologicznej i nie będę na nic wydawał.

 

Przyśpiewuję sobie do Enrique Iglessias’a, lecącego na ESCE, którą od czasu do czasu lubię się “odchamić”, wplatając pomiędzy yyyy.. nanana.. hmmmm.. nana.. yyyy.. jakieś por favory, amory i del korazony i wciągam rzeczywistość jak kreskę najlepszego towaru, mimo, że ta raczy mnie 7-stopniowym mrozem, którego nienawidzę, a system odpornościowy mojego organizmu, obrażony oznajmił, że on to pierdoli i bierze tydzień urlopu na żądanie. Piii… potrójne nagle uraczyło moje bębenki, w uszach w sensie, bo to jedyne, w które byłem wówczas wyposażony, co znaczyło, że mój mustang – pogromca prerii potrzebuje papu, a że burżuj z niego o wysokim o sobie mniemaniu i nie stołuje się w jakichś podrzędnych knajpach to średnio za taki obiad płacę półtorej paczki, a i tak po drodze wysłuchuje pretensji, że tak do syta kurwa to on się nie najadł.

 

Chcąc nie chcąc, skręcam na najbliższy CPN z niezadowoleniem wymalowanym na mojej i tak nieciekawej twarzy. Nagle, podczas tankowania, w moją stronę, nieśmiało, krokiem zwodniczo zaskakującym nawet samego siebie, z dużą amplitudą odchylenia od pionu, zmierza dystyngowany jegomość, z tych, co to każdego za swojego przełożonego uważa. Fajka drga mu w ustach, jakkolwiek by to nie zabrzmiało i gołym okiem widać, że wczorajszej nocy brutalnie pochłonęły go odmęty srogiej rzeczywistości. Wyglądał tak, jakby właśnie dowiedział się, że zostało mu pół godziny życia, a on ma 33 minuty drogi do najbliższego burdelu i pubu z open barem. Niezrażony jednak zbliża się permanentnie, pokazując zęby, którymi co najwyżej można otworzyć butelkowego browara, bo na pewno nie przeżuwać z uwagi na ich dość oszczędne pogłowie i racząc mnie zapachem kaca, a jakże, zmieszanego z olbrzymią chęcią jego unicestwienia wybełkotał wzniośle :

 

- Yyy, kierowniku, poratuje kierownik złotóweczką? Bo też chciałem sobie zatankować…