Idę sobie z kumplem uliczką niewielką, jak w Barcelonie, co to ją Bohdan Łazuka znał. Szare budynki oskrobane prozą życia, wygłodniałe psy, których żebra przebijały się przez skórę, szczekają bez powodu z mrocznych bram niefajnych historii, a tajemniczo – przerażający półmrok nadziewa rzeczywistość ciemnymi pikselami. Co druga działająca latarnia drze strzelistymi smugami światła ciemną kurtynę, która od jakiegoś czasu bezczelnie wciskała się w każdy zakamarek miasta. Atmosferę rodem z horroru dopełniała pełnia, co jakiś czas usypiana przez ciemne chmury, z których delikatnie siąpiła orzeźwiająca mżawka. Dopełniała pełnia, cóż za kurwa radosna stylistyka.

 

Kumpel nieobecny jakiś taki, bo mu się ostatnio życie zaplątało w przeszłość, której echo złych wyborów piłowało ryja w teraźniejszości, sprawiając, że jego dalsza perspektywa była równie chujowa jak browar z Tesco, który właśnie w milczeniu kończyłem. Ogólnie świat coraz bardziej przypomina mu równie pochyłą o śliskiej powierzchni, że nawet zaklinaczy rzeczywistości nie miał ochoty w krwiobieg wklepywać, a ja migam na awaryjnych z trójkątem bezpieczeństwa i obrazem zamazanym smugami pod napięciem, które błogo zacierają świadomość egzystencji. Mimo to, trochę stypa, świat nie mieni się tysiącem barw, bo mój kompan na pogawędki zbytniej ochoty nie miał.

 

Marcin swoimi rozmiarami świetnie wpisywał się w złowrogi anturaż oplatającego nas klimatu. Krótko mówiąc, na pierwszy rzut oka wyglądał na gościa, który w wolnych chwilach torturuje strażników w Guantanamo, a na obiad pożera kebaby razem z budką i przerażonymi Turkami, którzy tam pracują. Myślę, że przy pomocy swoich gabarytów Marcin spokojnie rozwiązałby problem zadaszenia Stadionu Narodowego.

 

No i trzeba przyznać, że swoje ponadprzeciętne warunki potrafił wykorzystać. Miał niebywałą wręcz umiejętność manualnego korygowania atrybutów fizycznych i liczebności uzębienia jegomości, którzy jego zdaniem nie wstrzeliwali się w jego ideologię zachowań w danej sytuacji, robiąc im z kończyn supełki, a z twarzy farsz do wigilijnych pierogów. Słowem pierdolnięcie i siłę w rękach miał niebotyczną, czego jednak używał jedynie w sytuacjach skrajnych, bo Marcin brzydził się wręcz jakąkolwiek przemocą. Szedł w bluzie z kapturem założonym na głowę, spod którego wystawał tatuaż, ciągnący się od ucha przez tył głowy aż po czoło. Biały podkoszulek, odkrywający łapy o szerokości mojego tułowia z czarną czaszką na plecach skutecznie dopełniał Marcinowy niespecjalnie przyjaźnie eksponujący się look.

 

- Ty, która jest godzina? – rozlało się nagle w powietrzu po dłuższej chwili głucho-ciszy, która już zaczynała mnie męczyć.
- Nie wiem, bateria poszła w kimę jakąś godzinę temu – odpowiedziałem, robiąc ostatni łyk teskowskiego browara i próbując zgnieść puszkę, ściskając ją w dłoniach.
- Kurwa, Tobie też? Bo ja byłem z Łysym umówiony na 21:00 na siłkę.
- No to przecież dzwoniłby chyba, nie?
- Na wyłączony telefon, kurwa? – kurwa to ulubiony po “kopsnij szluga” i empatycznym “masz jakiś problem, kolego?” zwrot Marcina.
- No fakt – zacząłem żałować, że przed konsumpcją nie sprawdziłem składu przed momentem wyschniętego browara, który ewidentnie niepokojąco poluzował mi neurony w mózgu – to chodź spytamy tego dziadka, o tam co idzie, może ma zegarek – rzuciłem.

 

I ruszyliśmy półtruchtem w stronę siwiejącego jegomościa w kapeluszu, z czarną parasolką pod pachą i długim czarnym płaszczu, jakby go ze zdjęcia z lat 30-tych wycięli i wkleili właśnie w rzeczywistość. Marcin się na przód wysunął tak, że mnie zasłonił był swoimi szerokimi, jak autostrady w Niemczech, plecami, zatrzymuję się przed facetem z piskiem opon, sprawiając, że tamten wyglądał jak przedszkolak i w swoim stylu pyta:

 

- Ej Ty, masz zegarek?

 

Staruszek w milisekundę przeskanował wzrokiem posturę Marcina, która w niewielkiej, ciemnej uliczce zdawała się być jeszcze bardziej przerażająca i nie czekając na rozwój sytuacji, z przerażeniem w oczach szybkim ruchem zdjął zegarek z ręki, rzucił w jego stronę i zaczął uciekać co sił w nogach. To musiał być jakiś jebany maratończyk, bo zegarka, mimo chęci Marcina i mojej, już nie odzyskał.

 

Pozory mylą. Nie daj się zwieść. Nie oceniaj po okładce.

 

“Pozory rządzą światem, a sprawiedliwość jest tylko na scenie”

 Friedrich Schiller
 

 

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci, że jeśli spodobał Ci się ten tekst i chciałbyś wiedzieć kiedy dodałem kolejne wypociny, a także poznać mnie trochę bliżej to wystarczy, że dziabniesz lajka. Już na zawsze zostaniemy ziomkami i sprawisz, że będę zajebiście szczęśliwy. Bóg zapłać :)