Siedząc w fotelu odpalam niedzielno – wieczorną fajkę, gapiąc się bezmyślnie w sufit pustym wzrokiem napalonego pedofila, jakby ta pieprzona zatynkowana powierzchnia nad moją głową była najciekawszą rzeczą, którą dane mi było oglądać. Rzeczywistość cichnie, neurony w większości głów układają się w perswazyjny komunikat “kurwa, znowu poniedziałek”. Co jakiś czas słyszę jednak emocjonalne rozmowy przez uchylone okno. O życiu. Niestety bez dystansu. Rozmowy w większości smutne, okraszone bezradnym szlochem złych wyborów z przeszłości. A może po prostu nie podjęcia żadnej decyzji i bezsensownego tkwienia na rozstaju dróg, gdzie na próżno było szukać przydrożnego Jezusa. Nagle z letargu wyrywa mnie znienawidzony ostatnio dzwonek telefonu.

 

- Kurwa! – myślę sobie – pewnie znowu jakaś Mariolka, licząca na premię przy wypłacie będzie chciała mi wcisnąć ultra-mega-hiper promocję, dzięki której będę mógł wysyłać milion smsów co godzinę do wszystkich sieci i dzwonić do wszystkich okolicznych galaktyk zupełnie za darmo, bez limitów.

 

Walić to. Niech sobie dzwoni, czilałciku ciąg dalszy – postanawiam, poprawiając pozycję wyjściową i biorąc w międzyczasie duży łyk jasnego, pełnego. W końcu cichnie solówka Hendrixa i znowu mogę delektować się gorzkim smakiem ulotności życia, spersonifikowanym w kształtnej, zielonej butelce i raz po raz, rozpływających się w powietrzu, oparach, zbliżającej się do filtra fajki. Hendrix postanowił jednak zaszczycić mnie swoim solówkowym jestestwem raz jeszcze. Znowu niemile słyszane decybele, mieszając się z z ciężkim powietrzem upalnego wieczoru, rozlazły się po pokoju i czuły jak u siebie, mimo, że wcale ich o to nie prosiłem.

 

Oho, Mariolka się uparła. Pewnie ma do spłacenia kredyt hipoteczny albo zalega z alimentami po kilku ostrych imprezach… zaraz, przecież jest niedzielny wieczór, o tej porze raczej nikt nie dzwoni z promocjami w Plusie – biegający po kole chomik, w moim mózgu, w końcu zaczyna napędzać do działania resztki szarych komórek, które jeszcze jakimś cudem zdołały się uchować, zaplątując się mimowolnie w sieć mózgowych zwojów. Zrywam się na równe nogi. Rozglądam nerwowo w poszukiwaniu źródła nieproszonych gości, decybeli w sensie. Namierzam obiekt pożądania, ruszam z dwójki bez zbędnego spoglądania w lusterka i chwilę później dociera do mnie, że od jakiegoś czasu dobija się do mnie Izka. Izka to moja bardzo dobra koleżanka, o której wiem praktycznie więcej niż ona sama wie o sobie. Z wzajemnością zresztą.

 

- No co tam się urodziło? – pytam, miażdżąc o dno popielniczki wypalonego peta.
- Co nie odbierasz? Szybciej dodzwoniłabym się na komórkowy do Obamy niż do Ciebie – cedzi lekko wkurzona Izka, nerwowo przechadzając się po pokoju.
- Pomyliłem Cię z jedną Mariolką, nieważne. Mów co tam – a musiało być coś na rzeczy, bo Izka nigdy niedzielnym wieczorem jeszcze do mnie nie dzwoniła. Tak myślę.
- Bo ja to nie mam szczęścia do facetów – wyszeptała zrezygnowanym głosem, wychylając do dnia kieliszek czerwonego wina.

 

Oho – myślę sobie – będzie dłuższa rozmowa o życiu. Wracam więc do pozycji wyjściowej, biorę łyk personifikacji szarości życia, odpalam i zaciągam się personifikacją ulotności i pozwalam jej kontynuować…

 

- Skończy się tak, że zostanę starą panną i nigdy… kurwa, przecież ja już jestem starą panną i, co najgorsze, singielką już od prawie roku. Zawsze trafiam na jakichś dupków. A fajni omijają mnie szerokim łukiem jakby byli okrętami, a ja jakimś pieprzonym Trójkątem Bermudzkim.

 

Widzę, że Izka jest nakręcona. Słyszę przez słuchawkę, że dolewa sobie wina i kontynuuje wylewanie swoich żali…

 

- Przyjęli do mnie, do biura faceta, teraz niedawno, w środę chyba albo w czwartek, nie pamiętam już, nieważne no. No ideał mówię Ci pod każdym względem. Przystojny, inteligentny, szarmancki, no i ten uśmiech, który sprawia, że nogi miękną, a wyobraźnia przekracza granice, do których wcześniej nawet się nie zbliżała. Podoba mi się jak cholera.

- No to dobrze, to jest jakiś punkt zaczepienia, ważny dosyć na początku – wtrącam – więc w czym problem?

- No jak to w czym? Aleś Ty głupi czasem na prawdę. No w dupie mnie ma głęboko jak na dnie Rowu Mariańskiego, kontynuując tę  geograficzną nomenklaturę. Nie zwraca na mnie uwagi ani krztę. Dupek.

- No to może… – nie udaje mi się wtrącić choćby krótkiego zdania w emocjonalny monolog Izki.

- I uśmiecham się, robię te wszystkie nasze gesty, które maja przekazać “brałabym Cię tu i teraz”, a ten ślepak nic, jakbym przezroczysta była.

- No to podejdź po prostu, zagadaj, zagaj, pokaż mu, że istniejesz może czy cuś, ale tak dobitniej – proponuje moim zdaniem najbardziej logiczne wyjście, nie dla kobiety jak się okazuje.

- Że co? Ja mam pierwsza zagadać? A w życiu! – wypaliła.

- Aha, no to mam inny pomysł…

- No mów, szybko!

- Zdobądź jego zdjęcie, zrób ołtarzyk i módl się do Allaha (tak teraz bezpieczniej), żeby podszedł do Ciebie z zaręczynowym pierścionkiem, dwoma biletami na Malediwy w ramach podróży poślubnej i Ci się oświadczył. Może zadziała.

- Wiedziałam, że Ty nic mądrego nie wymyślisz. Kończę. Spadaj. Do kiedyś.

 

Jeb. Koniec rozmowy. Równo z fajką. Krótko. Nawet browara z odwodów nie zdążyłem uruchomić.

 

Daj sobie szansę

Jeśli jesteś dziewczyną, która myśli podobnymi kategoriami co Izka, że niby pierwszy krok zawsze, ale to zawsze powinien należeć do faceta, że podejście i rozpoczęcie rozmowy pod byle pretekstem, w jakiś, niewytłumaczalny i nikomu nieznany sposób uwłacza kobiecie, to dalej płacz sobie do poduszki i narzekaj, że facet, na widok którego robi Ci się mokro na skroniach i nie tylko kompletnie nie zwraca na Ciebie uwagi. To ultra idiotyczne podejście, z którym wiele razy się spotkałem. Nie dać sobie szansy przez jakieś debilne przekonania i urojoną dumę?

 

Fakt, facet będzie świadomy, że wpadł Ci w oko, skoro pierwsza zagadasz i będzie miał lekką psychologiczną przewagę na początku. Ale tylko na początku. Nie znaczy to przecież, że masz podejmować inicjatywę za każdym kolejnym razem. Później, jeśli tylko tego chcesz daj mu się wykazywać do woli, niech się meczy, stara, tyra, kombinuje. A Ty możesz go trochę poolewać, ot tak, żeby sobie nie pomyślał. I sytuacja się odwróci. Wilk syty i owca cała, nie uważasz?

 

A te podchody w stylu zabawa włosami, przypadkowe szturchnięcie, przeciągłe spojrzenia są ok, ale tylko wtedy, gdy trafisz na faceta, który umie to odczytać. A jednak większość z nas nie komunikuje się na tak subtelnym poziomie i jesteśmy dużo gorsi od Was jeśli chodzi o te niewerbalne gierki, dlatego trzeba po prostu do nas podejść i powiedzieć “siema leszczu, nie widzisz kurwa jak bawię się włosami, patrząc prosto na Twój ryj? To znaczy, że wpadłeś mi w oko i masz coś z tym zrobić, ka-pe-wu”. Oczywiście sparafrazuj to sobie jakoś jak już będziesz zagadywała chyba, że lubisz hardcore lub w oko wpadł Ci drech w betce.

 

Możesz oczywiście nadal robić coraz głupsze miny, szturchać go i przepraszać, że to niby przypadkiem potknęłaś się o mopa na parterze i przez to wpadłaś na niego na 3 piętrze. Możesz nadal myśleć o nim, gdy jesz, pracujesz, jedziesz samochodem, srasz czy zasypiasz. Możesz w dalszym ciągu płakać do poduszki, że tylko Ty masz pecha do facetów. Możesz zachować swoją dumę i urojone przekonania, ale pomyśl, że jednocześnie możesz stracić historię swojego życia. Daj sobie szansę.

 

Twój Dave

 

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci, że jeśli spodobał Ci się ten tekst i chciałbyś wiedzieć kiedy dodałem kolejne wypociny, a także poznać mnie trochę bliżej to wystarczy, że dziabniesz lajka. Już na zawsze zostaniemy ziomkami i sprawisz, że będę zajebiście szczęśliwy. Bóg zapłać :)