Siedzę sobie na czilałcie totalnym w klimatycznej, osiedlowej lodziarni, wypasionej takiej, co to wszystko naj, the best i w ogóle dupę urywa z korzeniami i sprawia, że podbródek współpracować z grawitacją zaczyna. Gwałcę kubki smakowe dużym z automatu za ich całkowitym przyzwoleniem, wzrokiem zdrapując tynk z sufitu i wciągam krystalicznie czyste jestestwo, łapiąc zawiechę, która w kokardkę zawiązuje wszelką mobilność świadomości. Wylogowałem się z rzeczywistości do jakiegoś równoległego wszechświata, podczas gdy w tle, gdzieś po drugiej stronie mózgu, gwar lodziarnianej atmosfery śmieje się, skrzy i dmucha w oczy pozytywnością za sprawą sprzedawcy – śmieszka, co to za punkt honoru stawiał sobie rozśmieszenie każdego klienta.

 

Nagle do lodziarni wchodzi ona. Tleniona, długowłosa blondynka z makijażem ostrym jak samurajska katana, czarną bluzką na ramiączka z wystającym, spod głębokiego dekoltu koronkowym, czerwonym stanikiem, lateksową mini w soczystym różu, opinającą całkiem kształtną dupcię i czarnymi, świecącymi kozakami na obcasach, które sięgały aż po szyje. No ogólnie matka natura musiała mieć jakieś nadwyżki w magazynie, bo wszystkiego miała ponad normę w promocji do wyczerpania zapasów. Opis Pani, która zwykła raczej robić lody, aniżeli je konsumować. Bingo. Okoliczna, znana wielu, prostytutka, postanowiła sprawdzić jakie to uczucie być po drugiej stronie barykady.

 

Gdy na dobre przypomniałem sobie dane logowania do teraźniejszości, była już przy ladzie. Pochlapała mi się trochę dusza brudnymi myślami, a wyobraźnia wybiegła daleko poza 10 przykazań. Atmosfera w dalszym ciągu sielska, słychać jeszcze echo salw śmiechu, którą sprzedawca – śmieszek wywołał żartami z ostatnim klientem, mała dziewczynka pociąga za rękaw mamę, pytając jaki smak mają te niebieskie, a staruszka stojąca w kolejce uracza wszystkich ciepłym uśmiechem.

 

- Bry, loda poproszę jakiegoś… – marszcząc brwi wycisnęła z trudem na klatę, przeżuwając gumę z otwartą buzią.
- Zaskoczyła mnie Pani, myślałem, że będzie chciała Pani wypożyczyć przyczepę kempingową lub kupić M4 z 2 balkonami w okolicach centrum – zażartował sprzedawca – śmieszek, po raz kolejny ożywiając kolejkową stagnację pojedynczymi chichotami.
- Nie no loda chciałam, mówię Panu – nie rozumiejąc ironii kontynuuje głosem mlaskająco – ciamkającym, co chwila pokazując owinięty gumą balonową język.
- Dobrze… jakiego tego loda? Gałkę? Z automatu? – już zupełnie poważnie dopytuje sprzedawca, orientując się, że trafił w beton.
- Nie chcę z automatu. Dwie śmietankowe. Lubię czasem opierdolić jakąś gałę.
- Aha.

 

Sprzedawca – śmieszek szach, mat.

 

Twój Dave

 

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci, że jeśli spodobał Ci się ten tekst i chciałbyś wiedzieć kiedy dodałem kolejne wypociny, a także poznać mnie trochę bliżej to wystarczy, że dziabniesz lajka. Już na zawsze zostaniemy ziomkami i sprawisz, że będę zajebiście szczęśliwy. Bóg zapłać :)