Numer ostatnio wyrwałem do niewiasty sympatycznej, co to rzęskami trzepocze przy każdym spojrzeniu, lubi oszczędzać na materiałach, którymi przyozdabia swoją kobiecość i ni chuja nie przypomina produktu żebra jakiegoś kolesia, co to smakoszem jabłek był. Bardziej porównałbym ją do zielonej łąki wiosennej, gdzie wszystko kwitnie w akompaniamencie motylich pierdów, których woń, mieszając się z kwietniową chucią łącznych zwierzątek i frywolną dozą wyczuwalnego chill’u, stwarza niepowtarzalną atmosferę nastrojowej błogości.

 

Pioruny z grzmotami w głowie płodziły namiętnie bukiet niecenzuralnych sformułowań, które mentalnie wypuszczałem w eter ku pokrzepieniu duszy i serca naderwanych losu złośliwością. Wkurwiony szedłem na coś, jednym słowem, z chęcią widoku krwi i pożogi zupełnej bez brania jeńców, co mi jednak ustało niechybnie na widok owej raczej nie dziewicy. Unosiła się wręcz nad ziemią subtelnie, kobieco, powabnie, niczym kopciuszek na balu, gdy najebana do nieprzytomności pogubiła buty i, co nie każdy wie, z powodu zmowy milczenia braci Grimm, zarzygała księciu nogawki, po czym, z bezczelną impertynencją, jęła przystawiać się do króla Ćwieczka.

 

Wszystko falowało z rytmie w jakim falować powinno, drgało z częstotliwością z jaką powinno drgać, a i mi, o ile dobrze pamiętam, drgnęło to i owo. Bardziej to niż owo, dla jasności. Uszczypnąłem się jeszcze, co by upewnić się wiadomo o czym, wrzuciłem drażetkę Orbitek miętowych, zielonych tych takich, do gębowego otworu i po kilku energicznych ruchach żuchwą, uwalniających mroźną świeżość arktycznych lasów równikowych, zacząłem układać sobie w głowie plan wspólnego wieczoru zakończonego werbalną egzaltacją jego zajebistości, ociekającej całym pasmem Kordylierów. W sensie, że szczytów dużo. Zwłaszcza, że do tej pory chodziłem jedynie po wyżynach, no maks Górach Świętokrzyskich.

 

Wszystko się pluszowo – kolorowe zrobiło i nawet głos kobiety w średnim wieku, stojącej na przystanku, której atomy, za sprawą przejeżdżającego samochodu marki Daewoo (numerów nie pamiętam) połączyły się były z atomami nieprzefiltrowanej wody z pobliskiej kałuży i który można było porównać z gwałtownym hamowaniem pociągu towarowego z pełnym załadunkiem, w którym maszynista z nudów wbija szpilki w styropian, zdawał się przypominać najpiękniejszą operową arię. Dobra, to jest ten moment. Teraz albo nigdy. Kordyliery, motyle pierdy, werbalna egzaltacja – to i dużo więcej miałem na wyciągnięcie ręki. Szybka inspekcja mózgowia w celu znalezienia jakiegokolwiek, choćby chujowego, pomysłu, luźno biodra, trochę lodu w głowie i lecimy. Wystartowałem z dwójki, wbiło w fotel, ciśnienie przekroczyło dozwolone wartości sześciokrotnie…

 

- Yyyy… siema… yyyy… fajna jesteś… yyyy… przeszedłbym się z Tobą w Kordyliery i powąchał pierdy na łące – inteligentnie i z polotem z wyrazem twarzy erudycyjnego troglodyty zagaiłem do nieznajomej.
- Hihi fajnie, chcesz pewnie mój numer telefonu – odpowiedziała głosem, który brzmiał tak, że poczułem jakby mi sam Jezusek z aniołkami, na  raz, chuchnęli w nozdrza obietnicą zbawienia.
- Noooo hehe – przytaknąłem zwięźle, kontynuując erudycyjną, acz wyboistą drogę, którą obrałem na samym początku.
- Spoko – wypaliła nagle, czekając na moją reakcję.

 

- Łatwo poszło – pomyślałem i drżącą ręką wyciągnąłem… telefon, zboczeńcu, z tylnej kieszeni dżinsów, luźno opinających mój kształtny tyłek, na który najwidoczniej ją złapałem. Po dwóch minutach przypominania sobie PINu, który w nerwach wyleciał mi z głowy, po szóstym podniesieniu telefonu z chodnika rękoma spoconymi, jakbym co najmniej grał w rosyjską ruletkę, której przegrany miał być poddany kastracji bez znieczulenia, w końcu nacisnąłem magiczne “Dodaj kontakt” i wpisałem Jej imię. Imię, brzmiące tak dźwięcznie i finezyjnie, że przy nim dzieła Shakespeare’a, Alighieri’ego i Herberta wydawały się zmiotem bełkotu podmonopolowych jegomości, nasączonych eliksirem prozy życia i wywijających podwójne tulupy z niekoniecznie wysoką średnią oceną za styl.

 

- Dzięki, I’ll call You baby – odpowiedziałem, przystawiając rękę do ucha z dłonią ułożoną na kształt telefonu, jednocześnie zmieniając styl z erudyty na wyluzowanego ziomka, z którym jest klawo, morowo, fajno, słońce w nocy świeci, a poranna rosa kopie i smakuje lepiej niż zmrożona Finlandia.

- Spoko – powtórzyła, uraczyła mnie zalotnym spojrzeniem symbionicznym z równie, o ile nie bardziej zalotnym oczkiem i odeszła, ruszając się jak Michael Jackson, ten od Dirty Dancing i ja, gdybym umiał tańczyć, a ludzie na widok mnie tańczącego nie dzwoniliby pod 112.

 

Wróciłem do domu podekscytowany, jakbym w ostatniej godzinie przeżył jednoczesny orgazm z Natalie Portman i Niną Dobrev poprzedzony trafieniem szóstki w lotka i sprawieniem, że ziom, który, pod moją nieobecność, stuknął mnie na parkingu, będzie miał tygodniową jelitówkę połączoną z Alzheimer’em. Poczekałem do późnego wieczora, żeby nie wyjść na zdesperowaną ciotę, dokonującej auto-gwałtów przy pornusach ze starymi Azjatkami i pewny swego, chwyciwszy za telefon, wykręciłem numer…

 

- Cześć, tu poczta głosowa, jeśli dostałeś ten numer, jesteś pewnie jednym z tych zjebów, którzy próbują mnie poderwać ze złudną nadzieją na cokolwiek. Tutaj, po usłyszeniu sygnału, możesz do woli płodzić swoje żałosne teksty z dala od społeczeństwa, których i tak nie odsłucham, bo to mój numer na takie okazje. Piii…

 

Yyy… to ten, ja chyba jednak przy tych Świętokrzyskich zostanę.