Denerwuje, żeby nie powiedzieć wkurwia, mnie fakt, że współczesny świat z uporem maniaka myli pojęcia. Nawet nie tyle myli, co celowo i z premedytacją, nie wiedzieć czemu, zmienia lub modyfikuje definicje słów, którym kultura i tradycja przypisała takie, a nie inne znaczenie. W ostatnich czasach dowiedzieliśmy się chociażby, że ślimak to ryba, a marchew jest owocem. Kretyńskie, nieprawdaż? Niegroźne i błahe? Niestety tylko z pozoru.

 

Aj tam, nie przesadzaj, kto normalny przejmowałby się wymysłami bandy kretynów z Brukseli, którzy bawią się w redefinicję podstawowej nomenklatury, która zakorzeniła się w naszym języku przez setki, a może i tysiące lat?

 

No niby nikt, bo w sumie po co? Jedyny, na pierwszy rzut oka, widoczny ból to ten, że robią to za publiczne pieniądze. Ale przecież owoce naszej pracy wydawane są na co dzień nie na takie głupoty, a zasada pro publico bono łamana jest z nieprzyjemnym trzaskiem kości regularnie, więc po co szukać dziury w “całym”? Przecież dla zdecydowanej większości normalnych, ślimak i tak nie będzie rybą, a marchew pozostanie warzywem na wieki wieków amen. W czym więc problem?

 

Ten, jak to często bywa leży troszkę głębiej. Otóż, widzisz, język to własność suwerena. Jedna z nielicznych własności nas wszystkich tak nawiasem mówiąc. Znaczenia poszczególnych słów to wybór ludzi, którzy ukształtowali je przez długi okres czasu na spółkę z kulturą i tradycją, które po drodze tworzyli. Nie do przyjęcia jest zatem fakt, że niewielka grupka idiotów, którą określa się mianem elity (w głupocie chyba), wywraca to wszystko do góry nogami, zmieniając prawo na absurdalne i zmuszając suwerena, czyli mnie i Ciebie, abyśmy porzucili swoje dotychczasowe werbalne przyzwyczajenia i zaczęli stosować ich “standardy”.

 

Znowu przesadzasz, przecież to tylko ślimak i głupia marchewka, jakie to ma znaczenie?

 

Masz rację, z pozoru żadne, ale, widzisz, na tym łańcuszek głupoty nie kończy się niestety. Zejdźmy jeszcze głębiej. To były tylko małe kroczki w drodze na szczyt rzeczonej głupoty, który, podejrzewam, ku mojemu przerażeniu, jeszcze nie został osiągnięty. Bo oto nasi zachodni sąsiedzi, kolejny już kraj, bodajże 14. w Unii Europejskiej, legalizuje prawo do małżeństw homoseksualnych.

 

Ale jaki ma to związek ze ślimakiem i marchewką?

 

I tu właśnie, mój drogi, dochodzimy do sedna problemu. Taki, że tym razem wspomniana “elita” bawi się przy pomocy języka, mimo, że nie uśmiałem się z tego ani krzty, w podkopywanie moralno – egzystencjonalnych fundamentów naszego istnienia. Bo o ile zmianę definicji takich słów jak ślimak czy marchew można zlekceważyć na poziomie codziennych konwersacji, to grzebanie przy znaczeniu tak kluczowego dla ludzkości pojęcia, jakim jest małżeństwo w sposób tak nienormalny i wypaczony, musi spotkać się z gwałtowna dezaprobatą i zdecydowanym podniesieniem larum, co niniejszym czynię. Z ogólnie przyjętej definicji ukształtowanej w naszej kulturze, małżeństwo to związek dwojga ludzi, których celem, i tu uwaga, jest przedłużenie gatunku. Logicznym jest więc i naturalnym w swej istocie, że związków par homoseksualnych małżeństwem nazwać nie możemy z absurdalnie prostej przyczyny – nie mogą mieć one dzieci. Czy tu dla kogoś jest coś niezrozumiałego?

 

Siłowe wpychanie nam, zatem, do głów, że związki par homo mogą być małżeństwami i, co gorsza ja, Ty, my powinniśmy je tak mianować, czyni z nas zwierzęta, u których siłą, za pomocą absurdalnego prawa ustanowionego przez garstkę osób, które często czynią to wbrew społecznym nastrojom, próbuje wytresować się dane zachowanie. A jeśli nie dasz się wytresować to jesteś narażony na karę, którą idiotyczne prawo przewiduje w danej sytuacji. Ta szalona machina uznawania wypaczeń za coś normalnego i vice versa rozpędza się coraz niebezpieczniej, a jej operator wygląda na pijanego ćpuna, który zupełnie nie wie gdzie jedzie, nie ma pojęcia o jej obsłudze, a jego pies przewodnik, ze starości, również stracił wzrok.

 

Ale co Ci to przeszkadza? Niech się nazywają małżeństwem, co w tym złego? Przecież to tylko głupia nazwa.

 

Mylisz się. To kolejny etap wspinania się na szczyt. Tej głupoty rzecz jasna. Małe kroczki, pamiętasz? Kolejnym może być i prawdopodobnie będzie możliwość wychowywania przez te “małżeństwa” dzieci. No bo jak to tak małżeństwo bez dzieci. Przecież nie możemy odbierać im prawa do pełni szczęścia, bądźmy tolerancyjni! Brzmi niedobrze. Zaprzeczysz? A więc może warto temu wariactwu zawczasu podłożyć nogę, aby z hukiem wyjebało się o glebę i nie było w stanie postawić kolejnego, być może, milowego już kroku? Bo co będzie dalej? Jak za 2 lata na ulicę wyjdą ludzie, którzy zapałali miłością do przeciwnej płci innego gatunku i zażądają uznania ich związku jako małżeństwa funkcjonującego w świetle prawa to będziemy udzielali ślubów cywilnych kobietom z koniami czy mężczyznom z kozami? Nie, to wcale nie ironia i sprowadzenie całej sprawy do absurdu, bo cała strawa do absurdu sprowadzona została już dawno decyzjami “elit” brukselskich i “elit” poszczególnych krajów.

 

Absurd już funkcjonuje w rzeczywistości. Pamiętaj! Słowa mają wielką moc. Tak to właśnie błahe ślimak i marchew stały się zaczątkiem moralno – obyczajowej rewolucji, która to moralność w przeciwieństwie do wszechobecnej, wspominanej tutaj niejednokrotnie, głupoty stacza się po równi pochyłej w głęboką przepaść dekadencji. Od nas zależy czy damy jej szansę odbić się od dna, do którego nieuchronnie się zbliża. Niech moc będzie z nami normalnymi!

 

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!

 

Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci, że jeśli spodobał Ci się ten tekst i chciałbyś wiedzieć kiedy dodałem kolejne wypociny, a także poznać mnie trochę bliżej to wystarczy, że dziabniesz lajka. Już na zawsze zostaniemy ziomkami i sprawisz, że będę zajebiście szczęśliwy. Bóg zapłać :)