Stoję w kolejce do sklepu długiej, jakby za ladą była do złapania najnowsza ewolucja Pikachu, co by kupić jakąś odtrutkę, która by gruz, zgrzytający w zmęczonym organizmie po ostatniej nocy rozpuściła. Pierdyliard ludzi przede mną z siatami, jakby się replay wojny stuletniej wychylał zza rogu. Z tym, że stoję to bardzo odważne słowo. Zawieszony jestem w próżni dziwnej na autopilocie totalnym, coś jakby umysłowa Nibylandia łamana na fizyczną Atlantydę. Im więcej Ciebie tym mniej, razem, a jednak osobno czy coś w tym stylu. System się zawiesił, a płyta startowa porysowała się była trudami życia i ani myślała cokolwiek aktywować, a ja wyglądałem jak dziadek swojego pradziadka.

 

Zwykły spożywczak z panią ekspedientka, Krysią nijaką, w granatowym fartuszku w białe kropki i ze spiętymi w mało gustowny kok blond włosami, która zna każdego klienta z imienia i nazwiska, a niektórych nawet z długości penisa, bo to taka wyzwolona Krystyna była i z zapleczem wielkości kabiny prysznicowej. Co Jakiś czas, ze zmarszczonym z wysiłku czołem, powłóczę nogami w kierunku kasy, jakbym właśnie był tuż po okrążeniu Sahary w kombinezonie narciarskim i zimowych butach z, dodatkowym ocieplanym, podbiciem. Wzroki zwolenników teorii spiskowych, stojących w kolejce wpadały na siebie i potwierdzająco zdawały się mówić “a nie mówiłem kurwa, że zombie istnieją? “.

 

Musiałem wyglądać naprawdę fatalnie, bo jakieś dziecko z przeszklonymi oczyma co chwila spoglądało w moją stronę, chowając się za szarmanckiego jegomościa w białym podkoszulku, który zdradzał jego domowe menu na kilka dni do tyłu, z buszem pod pachami takim, że żyło tam przynajmniej z pięć nieodkrytych jeszcze ludzkości plemion i brzuchem, zarejestrowanym przez UNESCO jako skrajna anomalia Natury 2000. Miałem to jednak na samym dnie swojej kształtnej dupci, a, pracująca na oparach, przestrzeń pomiędzy uszami wizualizowała jedynie widok, w którym aplikuje sobie do otworu gębowego cokolwiek, co znajdowało się tutaj w stanie ciekłym. Najlepiej z niewielka ilością prądu.

 

Nagle jednak spokój atomów w moim, zmęczonym życiem, ciele, wśród debilnych rozmów i głupkowatych śmiechów, perfidnie narusza grupka młodych, na oko 17-letnich chłopaków, zaburzając ład kolejkowej, nudnej, acz już ustabilizowanej, egzystencji. Każdy gustownie odziany w ortalionowy dres, którego szelest był o wiele bardziej intrygujący i nacechowany intelektualnie niż ich rozmowy, nadziane kurwami we wszystkich możliwych koniugacjach i zastosowaniach. Myślę, że gdyby dodać do siebie ich wyniki testów IQ to i tak nie dobiliby do średniej krajowej, która też, swoją drogą, na kolana nie powala.

 

I ani kurwa “me”, ani “be”, ani żadnego “przepraszam” podmuch powietrza, który po sobie zostawili, do uszu mych nie doniósł, co jednak, biorąc pod uwagę to, że w kategoriach cudu należałoby rozpatrywać fakt, że nie leżę aktualnie pod kroplówką, okrasiłem jedynie wymownym milczeniem. Ale tornado ani myślało się zatrzymywać i kolejną jego ofiarą padł starszy Pan, stojący przede mną w kolejce z parasolką w lewym ręku, która została mu bez pardonu wytrącona. Parasolka, nie ręka. I znowu bis w postaci braku jakiegokolwiek poczucia zażenowania i zmieszania.

 

- Może by tak kurwa “przepraszam” chociaż, co? – nie wytrzymałem i próbuję tak, żeby mnie zrozumieli.
- Że co? – słyszę odpowiedź w stylu, który absolutnie mnie nie zaskoczył.
- Że jajco, wbijacie do sklepu jak szarańcza i napierdalacie każdego po drodze, właśnie wytrąciłeś Panu parasolkę – zwracam się bezpośrednio do  jednego tonem, który wyrażał zarówno wkurwienie, jak i obojętność co do tego, co za chwilę się wydarzy.
- No co zrobię? Wytrąciłem to nie odtrącę chyba, nie?
- To może by tak wrócić, podnieść i przeprosić chociaż? Nie?!
- No kurwa, przepraszam, lepiej Wam?

 

Po tych słowach grupka opuściła sklep w akompaniamencie, wyzywającej jej członków od najgorszych, ekspedientki Krystyny, która używała takich zwrotów, że ich wcześniejsze dialogi brzmiały jak spowiedź święta zakonnicy klasztornej. Staruszek, którego parasolka znalazła się na podłodze przemilczał całe zdarzenie, po czym odwrócił się, odbierając ode mnie swoją własność i ze smutkiem w oczach powiedział:

 

- Panie, teraz to wszystko mamy, telefony mamy i komputery i samochody, Panie, mamy szybkie i wódki ile Pan chcesz nie na kartki i pomarańcze nie tylko w święta i nawet pokój jako taki mamy, nie jak za moich młodzieńczych i dorosłych lat, ale szacunku do siebie nawzajem, Panie, to za grosz nie mamy…

 

Twój Dave

 

OGŁOSZENIA PARAFIALNE!
Zaprawdę, zaprawdę powiadam Ci, że jeśli spodobał Ci się ten tekst i chciałbyś wiedzieć kiedy dodałem kolejne wypociny, a także poznać mnie trochę bliżej to wystarczy, że dziabniesz lajka. Już na zawsze zostaniemy ziomkami i sprawisz, że będę zajebiście szczęśliwy. Bóg zapłać :)